Advertisement

Dla początkujących
Menu
Strona główna
Aktualności
Artykuły
Filmy i zdjęcia
Społeczność
Ogłoszenia
Forum
Linki
Wyszukaj
Warszawa
Gdzie się wspinać?
Topo
Instruktorzy
Sekcje
Logowanie
climb.pl
szkoła językowa francuski hiszpański warszawa
Ankieta
Najlepsze skały w Europie:
Polska
Francja
Hiszpania
Włochy
Niemcy
inny kraj
nie lubię skał w Europie
Wszystkie ankiety
Stworzone dla:
Mozilla Firefox
feed image
Najczęściej czytane artykuły
Tagi artykułów
asekuracja bali bezpieczeństwo bulder buty dziecko francja historia hiszpania karabinek kobieta kontuzja kusztelak leczenie lina męski szowinizm nagroda olimpiada ondra pawłowski początkujący przyrząd psychologia siurana sprzęt technika trening troczek uprząż w pionie warszawa wdahu woda wolski zawody
Johna Gilla proste pomysły
Tagi: historia  bulder
Redaktor: mik6e 28-05-2008  (zmieniany: 14-02-2009)

John_gill.jpg Był pierwszym, który w Stanach Zjednoczonych uznał bouldering za dyscyplinę z prawdziwego zdarzenia. Urodzony w 1937 roku, John Gill zaczął się wspinać mając 25 lat. Uprawiał wcześniej gimnastykę i brał udział w zawodach we wchodzeniu po linie, dlatego postrzegał wspinaczkę skałkową raczej jako rozszerzenie umiejętności akrobatycznych niż kontynuację alpinizmu czy turystyki górskiej. Podejście to zaowocowało wprowadzeniem do amerykańskiej wspinaczki pod koniec lat 50-tych intensywnego treningu, dynamicznych ruchów, magnezji gimnastycznej oraz pierwszego systemu wyceniania boulderów (B1, B2, B3). W 1961 roku John przeszedł solo bez asekuracji „The Thimble” w Black Hills, wycenione na 7b (5.12). Najprawdopodobniej była to wtedy najtrudniejsza na świecie droga pokonana w ten sposób, chociaż John mówi, że robił trudniejsze ruchy już kilka lat wcześniej. Przedstawiamy wywiad z człowiekiem – legendą, przeprowadzony przez redaktorów serwisu 8a.nu pod koniec maja 2008. 

8a.nu: Czy znasz jakiegoś współczesnego mocarza boulderowego, który ma podejście do tej dyscypliny podobne do Twojego? Może Chris Sharma?

John Gill: Nie znam żadnego z obecnie najlepszych boulderowców na świecie, ponieważ przestałem "zawodowo" boulderować jakieś 15 lat temu. W tym momencie Amerykanin Chris Jones ma zarówno techniczne jak i mentalne podejście do boulderingu, które może przypominać mnie z przeszłości. Słyszałem, że Sharma odnalazł pewne duchowe wartości w boulderingu, szanuję i podziwiam taką postawę, szczególnie w czasach, kiedy inni są obsesyjnie skupieni tylko na pokonywaniu trudności. Poza tym zawsze wolałem podziwiać wspinaczy, niekoniecznie ze ścisłej czołówki, którzy posiadają inne, intelektualne lub zawodowe, zainteresowania i przez to nie są jednowymiarowi. Osoby, które traktują wspinaczkę czy bouldering bardziej jako rozrywkę niż zawód.

Jaki rodzaj wspinaczki najbardziej Cię satysfakcjonuje?

Dla mnie, po tych wszystkich latach, boulderowanie jest wyrażaniem związku pomiędzy mną i skałą, jest wolnością bez obciążania się dodatkowym sprzętem. Dlatego zawsze po prostu boulderuję, 3 albo 300 metrów nad ziemią. Nie mówię, że nigdy nie używałem liny, ale z czasem zdarzało mi się to coraz rzadziej. Po mojej pierwszej próbie żywcowania na „The Thimble” w 1961 roku stałem się bardziej oddany idei wspinaczki bez asekuracji. Szukałem trudności blisko ziemi i łatwiejszego wspinania wyżej. Nauczyłem się, by nie dać się onieśmielić trudnościom czy niebezpieczeństwem i żeby zawsze walczyć, nawet ostatkiem sił – to rozwija siłę woli.

Jak ważne są umiejętności techniczne czy fizyczne, aby wspinać się pomysłowo i kreatywnie?

Każdy jest pomysłowy już od pierwszego ruchu. Nawet niedoświadczony wpinacz może wspinać się pomysłowo, ale jeśli posiadasz umiejętności – Twoje ruchy będą lepsze i dadzą Ci większą przyjemność. Malarz z wrodzonym talentem może tworzyć ciekawe rzeczy, ale popatrz, co może zrobić, kiedy osiągnie mistrzostwo techniczne, dogłębnie pozna swoje wnętrze i nauczy się je wyrażać. Dlatego każdy wspinacz powinien pamiętać o trzech podstawowych zasadach: trenuj, trenuj, trenuj!

Jakie bouldery lubisz najbardziej?

Kiedy byłem młodszy boulderowanie oznaczało dynamiczny ruch, bo statyczne ruchy na mikro-krawądkach to raczej mini-wspinanie. Dlatego najbardziej fascynowały mnie problemy przewieszone, gładkie, ze sporymi chwytami umożliwiającymi dynamiczne, nawet akrobatyczne ruchy.

Z czego jesteś najbardziej dumny jako wspinacz / boulderowiec?

gill.jpg Z tego, że udało mi się zmienić postrzeganie wspinaczki w Stanach w późnych latach 50tych i 60tych. Kiedy zaczynałem w 1953 roku, wspinaczka była uważana za przedłużenie trekingu po górach i wszystkie ruchy były, mniej lub bardziej, statyczne. Ja uprawiałem gimnastykę, więc zacząłem postrzegać wspinaczkę jako naturalne rozszerzenie umiejętności akrobatycznych. Poprzez bouldering wprowadziłem do wspinania dynamiczne ruchy, intensywny trening, używanie magnezji oraz system wyceniania. Dzięki takiemu podejściu mogłem rozwiązywać trudniejsze problemy niż inni w tamtych czasach. Myślę, że mój wkład we wspinaczkę opierał się w sumie na tych prostych pomysłach.

Dlaczego bouldering jest teraz taki popularny? Czy dlatego, że to łatwiejsze niż prowadzenie długich dróg? A może dlatego, że jest w nim więcej zabawy i większe poczucie wolności?

Jest bardzo łatwo zacząć boulderować. Potrzeba do tego bardzo mało sprzętu – para butów wspinaczkowych, odrobina magnezji i może pad, i już jesteś gotowy. Podejścia pod problemy są zwykle krótkie, więc mało czasu marnuje się na dostanie się na miejsce. Tutaj, w Stanach, skala boulderowa V (skala Johna Shermana, V pochodzi od Vermin, jego szkolnego przezwiska) daje młodym boulderowcom nieskończone możliwości rywalizowania i prześcigania się w swoich osiągnięciach. A bouldering jest oczywiście idealną platformą dla współzawodnictwa.

Żeby zrozumieć dlaczego moja stara skala B została porzucona i zastąpiona przez skalę Shermana, pozwolę sobie na mały wykład historyczny, może dzięki temu będzie to mniej tajemnicze.

Gdybyś w połowie lat 50tych powiedział amerykańskiemu wspinaczowi, że w przyszłości będzie dopuszczalnym, nawet podziwianym, żeby opuścić się z urwiska w dół i maszyną do wbijania boltów wytyczyć drogę, którą trudną sobie w ogóle wyobrazić, a potem wisząc przy każdym spicie wypracować w końcu ruchy na jej pokonanie – zostałbyś wyśmiany. W owych czasach jedynym słusznym sposobem na przejście drogi było pokonanie jej od dołu, przy użyciu wyłącznie własnej asekuracji. Uważano wtedy, że „najtrudniejsze ruchy możliwe są tylko podczas bouldernigu” (Chouinard). Opierając się na tym założeniu pomysł na moja skalę był prosty: B1 oznaczało ruch albo krótka sekwencję ruchów, której trudność odpowiadała absolutnemu maksimum trudności ówczesnej wspinaczki skalnej, a było to wtedy około 5.12. Idąc dalej: B2 byłoby zatem trudniejsze niż jakakolwiek droga w skałach, czyli byłyby to ruchy ściśle i wyłącznie boulderowe. B3 natomiast oznaczało problem, który, przynajmniej przez krótki czas, byłby prawie nierozwiązywalny, z jednym tylko przejściem, mimo wielu prób najlepszych wspinaczy. Oczywiście każde B3 z czasem było przeceniane. Jeśli tradycyjne wspinanie stałoby się trudniejsze – cały system wycen dostosowałby się odpowiednio. Szerokie upowszechnienie się wspinaczki spowodowało śmierć mojego systemu, bo wspinaczka skałkowa stała się, w pewnym sensie, rozwinięciem boulderingu (chociaż jest mniej wygodna i bardziej męcząca). Dodatkowo używanie opisów B1+, B3- zaśmieciło wyceny i samą skalę.

W rzeczy samej – boulderowanie można traktować jako zabawę. Możemy zakazywać używania chwytów albo pokonywać statyczne problemy dynamicznie i vice-versa, więc łatwo jest tworzyć nowe „problemy” będące wariacjami starych. To daje poczucie dużej wolności. Po tylu latach jestem jednak zaskoczony, że boulderowanie stało się aż tak popularne!

Czy trzeba być egoistą, żeby zostać drugim „Johnem Gillem”?

Mam nadzieję, że nie! Każdy odnoszący sukcesy sportowiec jest do pewnego stopnia skupiony na sobie, ale ja osobiście najbardziej podziwiam tych wspinaczy, którzy wiodą zrównoważone życie, mają rodziny i potrafią spędzać wolny czas bez wspinania. Zawsze uważałem siebie za amatora – nie zawodowca – bez względu na to, jak dużo wysiłku czy czasu wkładałem w trening. Zawsze wierzyłem, że należy dążyć do równowagi pomiędzy osiągnięciami fizycznymi i intelektualnymi, mentalnymi. To chyba wpływ Doca Savage'a, postaci z literatury przygodowej z lat 30tych, który zdobył doktorat będąc równocześnie spełnionym sportowcem. Ale to chyba nie wyklucza egocentryzmu. Obecnie poziom trudności we wspinaniu jest tak wysoki, że może być niemożliwym, by należeć do czołówki, jeśli nie jesteś zarówno utalentowany jak i zupełnie poświęcony wspinaczce. W tej sytuacji nie da się uniknąć pewnej dozy egoizmu. Przecież teraz są nawet mistrzostwa świata w boulderingu!

Jak to wpływa na „ducha boulderingu”?

Jest wielu wspinaczy, dla których ważne jest tylko i wyłącznie współzawodnictwo. Dla takich osób zawody i mistrzostwa są naturalnym zwieńczeniem ich wysiłków i główną częścią „ducha sportu”. Nigdy nie byłem zwolennikiem formalnego współzawodnictwa w boulderingu. Lubiłem nieformalne, honorowe i przyjacielskie wyzwania, kiedy Ty i Twój towarzysz włóczycie się pośród skał i stajecie do boulderowych pojedynków. Bez klasyfikacji, sędziów i nagród, tylko prosta satysfakcja wynikająca z waszego wysiłku. Dla mnie „istota” boulderingu była jeszcze bardziej złożona. Odkrywanie nowych problemów było równie zachwycające, co pokonanie trudnej przystawki. Powtarzanie prostej drogi wielokrotnie, wygładzanie wszystkich ruchów aż do momentu, gdy spływała na mnie jakaś kinetyczna samoświadomość – doświadczenie prawie mistyczne – to wszystko pozwalało odkryć ukrytą, ale wspaniałą część istoty wspinania. Bouldering stał się medytacją w ruchu, która była równie ważna co współzawodnictwo.

Czy istniały przystawki, którym po prostu nie mogłeś się oprzeć?

Cóż, taka sytuacja ma niemały związek z faktem, czy ktoś wspinał się tutaj przed Tobą. Kiedy ktoś rozwiąże interesujący i trudny problem zwykle staram się z całych sił, by również go pokonać. Ale to nie to samo, co wewnętrzny „przymus” – moja  motywacja wzrasta, kiedy odkryję zupełnie nową drogę – to poczucie tworzenia, zupełnie jak odkrycie i udowodnienie teorii matematycznej. Wtedy daję z siebie wszystko. Byłem szczęśliwszy odkrywając i tworząc problemy niż kiedy po prostu je pokonywałem.

Czy istnieje jakaś granica trudności we wspinaniu?

PennyrileWiki.jpg Myślę, że każdy ma swoje granice, musisz znać Twoje własne ograniczenia. Wraz z rozwojem boulderingu coraz więcej osób uprawia tę dyscyplinę, osób, które są genetycznie przygotowane do wymogów boulderowania. Kiedy byłem młody i bouldering dopiero raczkował, niemal każda wysportowana osoba mogła zacząć trenować i osiągnąć ówczesny poziom. Te dni już dawno minęły. Teraz, dla większości wspinaczy, najtrudniejsze problemy to zupełna abstrakcja. Proces naturalnej selekcji pozwolił odkryć specyficzne fizyczne i psychologiczne cechy, które pozwalają utalentowanym i zmotywowanym wspinaczom osiągnąć poziom daleko wyższy, niż ten z przeszłości. Kto wie, czy są jakieś granice fizycznej wydolności? To, co dla jednych ma trudność V12, dla innych może być równie łatwe co V6. Sam już nie wiem, co oznacza słowo „granica”.

Porównajmy to do mechaniki kwantowej. „Wspinanie” nie zależy tylko od martwego kawałka skały – wspinacz jest nieodłącznym elementem tego procesu. Dwie różnie zbudowane osoby pokonują ten sam problem, używając przy tym być może różnych chwytów czy innego stylu. Czy można zatem powiedzieć, że istnieje jedna definicja „wspinania”, kiedy na własne oczy widzisz coś innego? Skupianie się na uporczywie istniejącym micie „trudności” (cokolwiek to znaczy) uniemożliwia nam dostrzeżenie innych, zróżnicowanych przyjemności, które można znaleźć w boulderingu, gdybyśmy tylko mieli intencję ich poszukiwania.

Byłoby bardziej uczciwe, gdybyśmy przestali używać słowa „trudność” i zamiast tego mówili na przykład, że Bill Jones zrobił „Midnight Lighting”, a Sam Blake nie. Albo jesteś w stanie coś zrobić albo nie. Może jesteś anatomicznym dziwadłem, które jest w stanie przejść „The Blue Smear”, podczas gdy inni nie mogą tego dokonać. Czy to oznacza, że „The Blue Smear” jest trudne? Czy raczej niemożliwe do pokonania przez innych wspinaczy? Jeśli jednak wspinacze koniecznie chcą wyceniać trudność literkami czy cyferkami, bardziej uczciwym i obiektywnym systemem byłby taki, który opierałby się tylko na stosunku liczby doświadczonych wspinaczy, którzy pokonali dany problem do liczby wspinaczy, którzy próbowali i tego nie zrobili. Albo na przykład system „Par” podobny do golfa, gdzie liczba prób ma kluczowe znaczenie. Na przykład „Par 4” oznaczałby średnią liczbę prób, jakich świetny wspinacz potrzebuje, by rozwiązać dany problem. Osobiście uważam, że system wyceniania boulderów to zapożyczenie ze świata wspinaczki, gdzie być może ma on większe znaczenie. Nie potrzebujesz wyceny, żeby mierzyć swój postęp. Możesz to zrobić próbując pokonać jakąś przystawkę do skutku, aż w końcu Ci się to uda. Nie potrzebujesz literek i cyferek, żeby wiedzieć, że się rozwijasz. To nie jest proste jak liczenie liczby pompek.

Czego chciałbyś nauczyć młodych wspinaczy?

Niewiele. Być może tylko tego, by potrafili bawić się wspinaniem. Nie wierzę w „stajnie” wspinaczy, szczególnie młodych. Dla mnie wspinaczka musi pochodzić z Twojego wnętrza, a nie opierać się na jakiś zewnętrznych motywach. Wolałbym widzieć, jak dziecko wyrasta nieskażone opartym na współzawodnictwie współczesnym wspinaniem i odkrywa przyjemność wspinaczki w inny sposób. Inaczej wspinanie stanie się zupełnie zwyczajnym sportem, jak piłka nożna czy koszykówka. Ot, kolejna dyscyplina sportu, sformalizowana, zarządzana przez kogoś na górze, za swoim żargonem, kolejny sport skupiony tylko na współzawodnictwie. Kiedy czytam o 8-latku, który przechodzi trudności 5.12 – czuję mdłości! Widziałem, jak kobieca gimnastyka zmieniła się ze sportu częściowo rekreacyjnego i atrakcyjnego dla normalnych, młodych kobiet, w dyscyplinę z szeregiem restrykcji dotyczących wieku, wagi, wzrostu itd., dyscyplinę śmiertelnie poważną, z jedynym celem – potrzebą pokonania innych. Nie chciałbym widzieć jak bouldering czy szerzej wspinanie zamienia się w aktywność ściśle kontrolowaną, opartą tylko na współzawodnictwie, odpowiednią tylko dla względnie niewielkiej grupy wyselekcjonowanych genetycznie sportowców. Nie sądzę jednak, że tak się stanie – zbyt wiele różnych typów osobowości uprawia ten sport, by dało się go łatwo ograniczyć rygorystycznymi zasadami. Ludzie nadal zostawaliby wspinaczami, choćby po to, aby pokonać te zasady i regulacje. I życzę im w tym powodzenia!

(źródło: 8a.nu, tłumaczenie: mik6e


Zobacz również:





Komentarze (1)
RSS komentarzy
1. Dodany przez: kosma25-07-2008 12:57
przerwa w pracy
Właśnie mi się przerwa trafiła w pracy i zajrzałam na wpinkę. Dobry tekst.Szczególnie podoba mi się ten fragment, bo widać, że facet ma zdrowe podejście do wspinania, tzn. umie zachować dystans do tego, co robi: Słyszałem, że Sharma odnalazł pewne duchowe wartości w boulderingu, szanuję i podziwiam taką postawę, szczególnie w czasach, kiedy inni są obsesyjnie skupieni tylko na pokonywaniu trudności. Poza tym zawsze wolałem podziwiać wspinaczy, niekoniecznie ze ścisłej czołówki, którzy posiadają inne, intelektualne lub zawodowe, zainteresowania i przez to nie są jednowymiarowi. Osoby, które traktują wspinaczkę czy bouldering bardziej jako rozrywkę niż zawód".
 

Napisz komentarz
  • Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
  • Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
  • Komentarze zawierające reklamy będą usuwane.
Podpis:
Tytuł:
Komentarz:



Anty-spam: Code

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!