|
Autor:
Emilia Szczepańczyk, wrzesień 2008
Pomysł wyjazdu na Korsykę zrodził się szybko i niespodziewanie, nagle została mi złożona po prostu taka propozycja.
Bez dłuższych rozważań i zastanowienia oznajmiłam, że jadę. Termin mi pasował, miejsce tym bardziej. Słyszałam dużo już wcześniej o wspinaniu tam, czytałam o niezwykłej egzotyce tej wyspy i widziałam zdjęcia niespotykanych, granitowych form skalnych.
Pozostało zaproponować wyjazd jeszcze komuś, kto się wspina... Miałam na celowniku kilka osób spośród przyjaciół. Po złożeniu ofert, przedyskutowaniu kosztów i terminów - stanęło na Kaśce.
 Kasia Wyjechaliśmy 14 września. Droga jest naprawdę długa i męcząca. Mogliśmy albo szybko i boleśnie (pięć osób w samochodzie) przejechać trasę w 20 godzin, albo rozłożyć odległość na trzy dni spokojnej jazdy, wraz ze zwiedzaniem ciekawych miejsc po drodze. Większa część naszej pięcioosobowej ekipy, czyli trzy starsze i wymagające większego komfortu osoby, zadecydowały, że chcą przebyć podróż właśnie w drugi spośród wymienionych sposobów. Nie było mi to do końca na rękę, gdyż chciałam jak najszybciej być na wyspie, ale z perspektywy czasu nie żałuję, a nawet cieszę się, bo zwiedziłam z przymusu miejsca, które jednak są warte zobaczenia, m.in. Lucce, Pisę, Bolonię... Myślę, że w przeciwnym razie zobaczyłabym to wszystko najprędzej na emeryturze. ;-)
Na samą wyspę dostaliśmy się promem z Livorno. Jest to nieduże, przemysłowe miasto położone na zachodnim wybrzeżu Włoch. Prom z Livorno do Bastii płynie około 4 godzin, po drodze mija się Elbę i kilka małych, dokładnie nienazwanych wysepek. Bastia podobnie jak Livorno jest miastem portowym i również raczej nie ma tam czego zwiedzać. Zatem od razu po dobiciu do brzegu ruszyliśmy w dalszą drogę, w stronę zachodniego wybrzeża, gdzie planowaliśmy spędzić cały czas.
 Kalanki
|
 Morze
|
 Świnki trzy
|
 Eukaliptusy
|
 Pigi Koryska jest najbardziej górzystą spośród wszystkich wysp morza śródziemnego, drogi są zatem wąskie i kręte. Z racji sprzyjającego klimatu Korsyka ma bardzo bogatą faunę i florę. W sumie daje to taki efekt, że 200 kilometrów, które należy przejechać „w poprzek” wyspy, aby znaleźć się w okolicach Piany, jedzie się 6 godzin...Co chwila trzeba przepuszczać stado kóz, otrąbić jakąś krowę, która nie chce ruszyć się ze środka drogi, albo zwalniać ze względu na dzikie świnie, które sobie ryją na poboczach (bo są to jedne z niewielu płaskich powierzchni ziemi). Wrażenie też robią przepaście i fakt, że gdzieniegdzie występują zwężenia, spowodowane remontem drogi, która się osunęła...
Mimo, można by powiedzieć „upierdliwego” dojazdu, uważam, że miejsce, w którym się znaleźliśmy, jest warte poniesienia takich, albo nawet dwa, czy trzy razy większych trudów. Porto. Tak nazywało się maleńkie miasteczko, na którego campingu rozłożyłyśmy z Kaśką nasz mały namiocik, „płaszczkę”, jak Kasia zwykła go nazywać. ;-)
Nazwa „Porto”, jak łatwo się domyślić, wzięła się od portu, który był tam przed wiekami. Dziś jest to jedynie jego turystyczna pozostałość. Wybrałyśmy to miejsce, ze względu na bliskość morza (plaża 800 metrów od campingu), piękne widoki, bliskość pozostałych osób (samochodu), no i przede wszystkim rejonu, a nawet dwóch! Ale o tym za chwilę...
 Porto
|
 Element skały
|
 Kasia z kaktusem
|
 Paskudny cudak
|
Od razu po rozbiciu namiotu poszłyśmy na plażę, był już wieczór, ale było tak ciepło, że wskoczyłyśmy do wody przetestować maski, rurki, no i tą słynną poetykę pływania w blasku zachodzącego słońca...;-) Było pięknie.
 Zachód słońca Po wyjściu z wody poskakałyśmy jeszcze trochę po wszechobecnych wielkich, czerwonych, granitowych głazach, porobiłyśmy zdjęcia i poszłyśmy spać, maksymalnie zmęczone całym dniem (a właściwie trzema poprzednimi dniami).
Kolejne dwa dni to były kolejne dwie, nie do końca udane wyprawy pod rejon. Pierwszego dnia wyprawa skończyła się klęską logistyczną, gdyż okazało się, że nie przejdziemy na sąsiednią plażę wybrzeżem. Oczywiście możemy trawersować... ale niekoniecznie w sandałach, nad wodą, w przewieszeniu i z 5 kilogramowymi plecakami z linami. ;) Drugiego dnia było już nieco lepiej, bo udało nam się pod drogi w ogóle dojść, spotkałyśmy nawet wspinaczy, ale okazało się, że spity są pokradzione - po trzy pierwsze z każdej drogi... O zgrozo! Czesi powiedzieli nam, że ukradli je nudyści, którzy chcą tutaj być sami... To jak to, nie odpowiada im towarzystwo wspinaczy?? Bardzo mnie to zdziwiło.
Wracając do Porto jakaś Austriaczka wzięła nas na stopa. I to sama z siebie... Fajnie, zwłaszcza, że padał deszcz. :)
W tym momencie zrobiło mi się trochę żal wspinu, to jak to, to go nie będzie?
Ale następnego dnia, nurkując przy na naszej plaży, Kaśka pociągnęła mnie do góry za rurkę.
– Patrz!
Patrzę i oczom nie wierzę, wspinacze! Okazało się, że na skałach, dosłownie koło naszej plaży są drogi! I to ile! I to jakie fajne! Niesłusznie widać kierowałam się tylko tym, co miałam w topo...
 Wycieczka
|
 Skała
|
 Syrenka
|
 Skały
|
Wspinałyśmy się tam przez dwa kolejne dni. Bardzo mi się podobał charakter tego wspinania, bo nie jest tak, jak w wapieniu, że jest pierdylion dziurek i - znajdź se tę fajną... Skała jest bardziej ewidentna, są to wielkie granitowe (kosmiczne!) kształty i polega to na zaangażowaniu całego ciała i umysłu w rozkmine techniczną - co i jak by tu zrobić...
 Na szczycie Któregoś z kolejnych dni wybrałyśmy się na wycieczkę, by zdobyć najwyższy szczyt w okolicy. Od poziomu morza/plaży, przy której był camp, weszłyśmy praktycznie 1239 metrów wyżej. Wejście trwało zgodnie z czasem przewodnikowym cztery godziny i zaowocowało cudownym widokiem ze szczytu na (prawie ;) całą wyspę. I faktycznie... Cała pokryta jest górami, przepiękna.
 Miasteczko Poza tym, gdziekolwiek by się nie ruszyć, wszędzie są kamienie, można się bawić, skakać, bulderować do woli. Całe zachodnie wybrzeże wyspy to plaże, poprzedzielane stromymi skałami schodzącymi prosto do morza, warto na pewno ostrożnie jeździć. Miejsce to też ze względu na swoją historię i kulturę przyciąga uwagę, miałyśmy okazję znaleźć się w miasteczku założonym przez Greków, gdzie dwa kościoły greko- i rzymskokatolicki stoją fasadami naprzeciw siebie i obsługiwane są przez jednego księdza...(!) Jeśli chodzi o kulinaria, polecam artystycznie podawane sałatki, czerwone wino i kalmary, bo u nas są czymś rzadkim, a tam czymś tanim jak barszcz. ;)
Ostatnim obiektem przyrody, jaki miałyśmy okazje zobaczyć, jest ścisły rezerwat przyrody Scandola. Jako, że nie wolno w ogóle wchodzić na jego teren, ogląda się go z małego, turystycznego statku. Osobiście miałam mega ubaw biegając w szmacie na głowie od rufy aż do dziobu i z powrotem, zwracając na siebie uwagę i żartując z przewodnikiem... ale pomijając mój dobry humor, Scandola jest czymś zapierającym dech w piersiach, trudno to opisać, generalnie znowu chodzi o skały, znowu o czerwone i powykręcane, ale tym razem lepsze niż cokolwiek, co już wcześniej na tej wyspie widziałam... Lepiej samemu zobaczyć, tak więc w tym momencie najlepiej będzie jeśli skończę i zostawię Was z tą nurtującą ciekawością, która być może zainspiruje kogoś do następnego wyjazdu właśnie na Korsykę, którą ja nazwałam Rajskim Ogrodem. :)
Emilia Szczepańczyk
Zobacz również:
|
| Świnki całkiem jak te z Hannibala |
| |
| brawo!! | Swietny, naprawde swietny tekst. Genialny. Nie bylem na Korsyce ale wlasnie slyszalem ze jest to fantastyczny rejon wspinaczkowy. Ten artykul utwierdzil mnie tylko w przekonaniu ze warto tam jechac. Bogactwo informacji na merytorycznie wysokim poziomie, okraszone dobrymi zdjeciami idealnie ukazujacymi na czym tak naprawde polega wspin na wyspie (np zdjecie nr 15), sprawilo ze tekst ten czyta sie z duzym zainteresowaniem (w przeciwienstwie do nudnych relacji z wyjadow, pelnych belkotu i ogolnych banalow ktore nie niosa jakichkolwiek praktycznych informacji). Dobra robota, tak trzymac!!! |
| |
| taki tam artykuł | | a mnie się nie podoba ten teks. jest bez polotu. Jak dla mnie to mieszanka rzeczowości z nierzeczowością, więc nie mogę się połapać, po co ten tekst jest napisany. |
| |
| :) | ad.1 bo to są te z Hannibala ad.2 thnx ad.3 "bez polotu" sorry  |
| |