Słowacja to mały kraj wielkich rzeczy i ludzi. Już drugi raz
postanowiłem spędzić krótkie wakacje właśnie tam. Rok temu wyruszyliśmy stopem
zahaczając o polski Kamieniec, Tomašovský Výhľad przy granicy Słowackiego Raju,
by zakończyć w Sulovie. Dwa tygodnie wspinania w bardzo różnych warunkach: od
polskiego piaskowca, przez prawie tatrzański granit, a kończąc na zlepieńcu. Dwa tygodnie obcowania
ze Słowakami – ludźmi przedziwnymi. Dwa tygodnie diety piwnej, dzięki której schudłem 6 kilo. Piękna pogoda cały czas dopisywała.
Wiedziałem, że tam wrócę.
W tym roku uwiedzeni czarnością andezytu i egzotyką
wspinania w nowym rodzaju skały, postanowiliśmy pojechać do Hradoka.
Zaopatrzyliśmy się w książkę „Slovenske skaly” i pobieżnie opracowaliśmy plan
dojazdu. Pożyczyliśmy trochę sprzętu do wspinania na własnej asekuracji, bo ten wyjazd
miał być solidną wprawką przed Tatrami. Wyszło zupełnie inaczej niż planowaliśmy.
Zdziwiło mnie nieco, że nie jedziemy jednym samochodem tylko dwoma i
ekipą nie 4, lecz 8 osobową, która miała się jeszcze wkrótce powiększyć.
Zabolało mnie, że ostatecznie udamy się do Sulova. Nie lubię tego miejsca –
skała powoduje u mnie konwulsje na samo wspomnienie o bólu, jaki powoduje
obcowanie z nią. Drogi powyżej 7 zazwyczaj są najeżone kolczastymi chwytami.
Co z tego, że
to jedyny dobrze obity rejon na Słowacji. Wolę się wspinać na
przelotach co 5 metrów.
 Widok z Małego Manina Powinienem w tym miejscu przedstawić naszą ferajnę. Anna
zwana „Terminatorem” (Mechanicznym Ubijcem ze słowacka) wspina się od roku i ma
moc, jak na kobietkę i tak krótki staż. Emilia zwana „Alicją” wspina się
jeszcze krócej i jest potrójnym pracownikiem kwartału w pewnej instytucji
finansowej. Wiktor wspina się od roku i
idzie mu wyjątkowo dobrze. Naprawdę, jeżeli nie odpuści, to będą z niego ludzie.
Wreszcie „Edward 30 drągów” albo „Wielka Buła”, który dysponuje straszliwą
mocą; posiadanie jej jednak na wspinanie się nie przekłada. Znamy się od
pierwszej klasy podstawówki. Razem w liceum zaczęliśmy się wspinać. Z nim też odbyłem
zeszłoroczną wycieczkę.
Wyjechaliśmy z Sulov. Ustaliliśmy, że pojedziemy do Manińskiej Uziny, bo tam jest dużo łatwego wspinania w wapieniu, tak w każdym razie wynikało z opisu w przewodniku.
Miałem nadzieję na jakieś dziurki, na których będę mógł sprawdzić efekty zimowej tresury mojego szpona. Brak dziurek, krawądki, doskonałe tarcie i
charakterystyczne dla granitu odstrzały skalne w formie podchwytów. Bardzo
lubię takie wspinanie, choć to nie pode mnie, bo taka formacja sprzyja osobą
wyższym. No i faktycznie, dużo łatwego wspinania.
 Emilka i Wiktor wsuwają śniadanie
Na miejscu zamieszkaliśmy na polu, które zapisze się długo w
mojej pamięci. Lubię jeździć do krajów, w których piwo jest tańsze niż woda
mineralna a pięćdziesiątka wódki kosztuje mniej niż 3 złote. Ale w Słowacji
nie tylko alkohol jest ważny – dosłownie wszędzie są bary, gdzie można w
miejscowym folklorze degeneratów alkoholowych napić się piwa czopowanego na
zakończenie solidnie przewspinanego dnia. To najbardziej lubię, no i jeszcze to, że
tym piwem naprawdę trudno jest się upić. Któregoś dnia podjedliśmy próbę. Po siedmiu
skapitulowaliśmy. Byliśmy prawie zupełnie trzeźwi. Możliwe, że wzrosła nasza
odporność na alkohol, bo staraliśmy się stosować dietę opartą głównie na piwie. Piwo z rana, przed wspinaniem, w trakcie, na obiad i
oczywiście na kolacje. Humory nam dopisywały.
Manilska Uzina posiada wyjątkowy mikroklimat. Jest to dosyć
głęboka dolina o stromych zboczach, stworzona przez dwa wysokie (jak na
tamtejsze warunki) wzniesienia: Mały Manin i Wielki Manin (oba mają blisko 900
m). Po płaskim dnie doliny płynie strumień. Jest to teren podmokły. W gorące
dni bywało duszno. W miejscach wspinaczkowych, które są dosyć wysoko na zboczach gór,
cały czas wieje przyjemny wietrzyk. Wydaje mi się, że ta wentylacja utrzymuje
się dzięki równoleżnikowemu położeniu doliny. W cieniu drzew (a większość skał
leży w cieniu drzew) wspinało się naprawdę przyjemnie.
Oczywiście nie mogło być idealnie. Słowaccy wspinacze cechują się wyjątkową odpornościa psychiczną i lekcewarzą sobie względy bezpieczeństwa. Powstała również
hipoteza, że mają zbyt wiele skał i nie potrafią ich należycie zabezpieczyć. W
każdym razie ja, wychowany na polskich ringach wklejanych co pół metra, poddawany bylem wielu próbom psychy. Kocham, gdy pierwsza wpina jest na 5
metrach do jakiegoś jakby świńskiego kolczyka czy spitu zrobionego z drutu
średnicy ołówka w okolicznym warsztacie samochodowym. Nierzadko następny ring
jest za kolejne 4 metry, więc trzeba zaufać asekurującemu, że zareaguje
odpowiednio w momencie, gdy przed wpinką odpadniemy. Zawsze można gdzieś
upchnąć jakąś kostkę albo friendq i ufać, że wytrzyma. Generalnie trzeba
napierać z wiarą. Z kilku naprawdę sympatycznych 8 czy 7 musiałem się niestety wycofać, ponieważ oczami
wyobraźni widziałem swój mózg rozbryzgany na skale. Ale są też i nieźle obite drogi, szczególnie te
łatwiejsze: 6, 6+, i trudniejsze też o dziwo dają radę. Drogi o wycenie 9 - 10+
zazwyczaj były już całkiem ładnie ubezpieczone.
 Anna zwana Terminatorem
Z uwagi na
zatrzęsienie łatwych dróg Słowacja jest dla mnie stworzona. Nie uda się na
jednej, zawsze można się przenieść kilka metrów dalej na inną cestę (tak się
nazywa droga wspinaczkowa w języku słowackim). Jeżeli jeden rejon się skończy,
można się przenieść kilka kilometrów dalej, do innego. Nie mieliśmy jednak
wystarczająco dużo czasu i nie skończyliśmy nawet Manińskiej Uziny. Więcej,
nawet dobrze nie napoczęliśmy tego smakowitego ciastka. W tym miejscu muszę się
pochwalić – udało mi się podwyższyć poziom OS – poprowadziłem sytą acz krótką
8.
Na koniec trzeba napisać o Słowakach. To naród sympatyczny i
zazwyczaj lubią Polaków. Pewnego dnia, jak co dzień zreszą, poszliśmy po wspinaniu na
piwo. Było późno, zbliżała się burza: błyskało, wiał wiatr, wzbijając
kłeby kurzu. Miejski bar zamykał swoje podwoje. Nagle słyszymy śpiew (bo
to w ogóle muzykalny naród jest.). Chór męskich
głosów, ewidentnie troszkę już podpitych zbliżał się. Wyłonili się.
Wszyscy się chwieli. Jeden z nich, wielki, używał roweru do podpierania się, ale
mimo wszystko zataczał się. Poczuliśmy się zagrożeni. One dwie i nas trzech,
Słowaków z 8 – zapowiadała się wiejska bijatyka. Usiedli na ławce obok nas. Cały czas śpiewali jakąś
pieśń o Manińskiej Uzinie, ale nie rozumieliśmy, o czym jest dokładnie. Zachowywalii
się dosyć spokojnie jak na stan, w jakim się znajdowali – składli parasolki
piwne, kładli się na ławkach, ale nie byli agresywni. Na chwilę przestali śpiewać. Wielkolud (jak później się dowiemy
Milan) zaprosił nas na wódkę. Staralism się odmówić, argumentując tym, że jutro
wracamy do Warszawy. Nalegał usilnie. Wobec przewagi liczebnej i małych szans w
starciu wręcz postanawiliśmy taktycznie zgodzić
się i przy najbliższej nadarzającej się okazji ulotnić. Poszliśmy za naszymi
przewodnikami, którzy prowadzili nas do „karczmy” (jak mówili). Deszcz zaczął padać.
doszliśmy na przystanek autobusowy. Mieliśmy szansę odejść spokojnie, ale nie
skorzystalismy z niej - gospodarze wzbudzili nasze zaufanie. Poszlismy do jakiegoś hangaru. Muszę powiedzieć, że w tym
momencie przez moment naprawdę się obawiałem – wszystko wyglądało podejrzanie: ciemna noc,
wiał porywisty wiatr, błyskały pioruny, na ulicach było pusto.
 Klinowanie Metaxy
Szczęk
zamka, ciche skrzypnięcie drzwi i oczom naszym ukazał się wóz strażacki.
Dziwnie wyglądał w półmroku panujacym w garażu - na karoserii miał więcej białego niż czerwonego . Przód
przypominał Volkswagena Transportera, tzw. ogórka, ale był większy. Nasi
strażacy zaprosili nas do środka samochodu. Nazywali go Awia. Weszliśmy do
kabiny przeznaczonej dla pasażerów oddzielonej od szoferki. Oba pomieszczenia
połączone były tylko gumową rurką, za pomocą której, jeżeli wystarczająco głośno
się krzyczało w czasie jazdy, możnabyło się dogadać ze strażakami z kabiny kierowcy. Usiedlismy na
pokrytych czerwonym skajem siedzeniach, takich, jakie spotkać można w Trabantach. Przyniesiono nam piwo. Nieufna, bo wychowana na dzikiej Pradze Północ Alicja nie
chciała pić, ponieważ butelka bła otwarta. Bała się, że nas odurzą czymś,
wykorzystają i porzucą… Za chwilę dali nam jeszcze nie otwarte butelki. Do tego dołożyli wino i 50 wódki cytrynowej -
na przełamanie lodów. Musialem ją wypić, żeby nie obrazić naszych gospodarzy. Przyjąłem to pierwsze uderzenie
bez popity, jak trzeba. Nawet Alicja zaczęła w końcu przełamywać nieufność. Niestety, szybko uporaliśmy się z całym alkoholem i czekalismy
na nową dostawę. Był to dobry moment na lepsze poznanie. Strażacy, których w
naszej kabinie siedziało z nami 5, mieli średnio 24 lata. Najmłodszy, Jan, miał
20 lata.
Nagle
drzwi garażu otworzyły się. Oświetliły nas światła jakiegoś samochodu terenowego
– pogotowia flaszkowego. No i się zaczęło. Podano butelkę czegoś, co smakowało
jak Jägermeister
– nie lubię tego likierku. Zapojką było piwo Kozel, smaczny miejscowy trunek,
ale w tym wypadku był w półtoralitrowej butelce typu pet i na dodatek trunek był ciepły.
Ciężko wchodziła taka mieszanka. W trakcie sympatycznej konwersacji podczas
opróżniania flaszeczki Słowacy obiecali nam, że zaraz zawiozą nas na
dyskotekę. Wiejska zabawa na Słowacji – brzmiało to dla nas wręcz mistycznie. Posanowiliśmy, jedziemy. Czekamy na szofera, bo wszyscy byli już dobrze pijani i nie
było mowy, by którykolwiek z nich mógł poprowadzić Awię. Skończyliśmy flaszeczkę i
ruszyliśmy. Samochód pomknął, tak mi się przynajmniej wydawało, całkiem szybko. Milan przez większość drogi krzyczał przez gumową
rurę do szoferki, prosząc, by dali nam więcej wódki. Czasami
śpiewał jakieś pieśni, wtedy wtórowali mu inni pasażerowie. Było wesoło. Nagle
jakiś zgrzyt i trzask – o coś mocno się otarliśmy . Na kolanach barczystego Słowaka wylądował kawałek
tynku. Komuś zabraliśmy część domostwa. Nie wiem jak potem wyglądał
samochód, ale musiał mieć mocno zarysowany bok.
Dojechaliśmy.
Znowu padało. Ta kąpiel mnie otrzeźwiła. Plemnik, bo tak nazywali to
miejsce nasi gospodarze, wyglądał inaczej niż sobie to wyobrażałem. Pod wiatą
ustawiono około 30 stolików. W miejscu centralnym ustawiono bar. Gdzieś między
stolikami rzępoliła jakaś harmonia. Grający musiał być pijany. Wszystko było oświetlone
brzydkim i migoczącym światłem świetlówek. Było gwarno. Większość
stolików była zajęta. Siedzieli przy nich ludzie w bardzo różnym wieku, ale
większość była dojrzała - niemała część tego zgromadzenia miała siwe włosy i
lekko przygięte trudem życia plecy. Rozmawiali głośno, gestykulowali, śmiali się.
Niestety - przybyliśmy pod koniec zabawy. Część biesiadników zaczynała mozolny
trud powrotu do swoich domów. Niczym okręty odcumowywali. Krzesła przewracały się,
łamały przy próbie podniesienia kotwicy i rozpoczęcia rejsu powrotnego.
Ludzie-okręty zakosami, jak przy małym wietrze, suneli w swoją stronę. Do tego czasu wlałem w siebie dużo i za szybko. Ja również halsowałem. Obserwowałem ludzi. Słowacy mają zupełnie inną
kulturę picia niż my. Piją od nas więcej, ale inaczej, lepiej – bardziej
społecznie. W Polsce wprowadzanie przez tak dużą grupę elementu
baśniowego (alkoholu), by się po prostu odurzyć, postrzegane byłoby jako
patologia. Doprawdy, tak sobie właśnie wyobrażałem dionizja w starożytnej
Grecji. W Polsce podobny charakter mają
chyba tylko wesela. Ale nasze wesela są bardziej sztuczne i wymuszone. Ta impreza w Plemniku
najwyraźniej odbywała się dosyć często. Znajomi, sąsiedzi bez skrępowania
spotykali się co jakiś czas, by dobrze wypić i w dużym gronie dobrze się
zabawić.
Chwilowo
utraciłem kontakt z rzeczywistością. Ocknąłem się, gdy dojeżdżaliśmy do
jakiegoś klubu. Widziałem wszystko podwójnie. Świat straszliwie wirował, bas
pulsował. Zasnąłem przy stoliku. Pić to trzeba umieć.
Przez
cały czas opiekowali się nami Słowacy, a szczególnie Peter, który zachował fason
do końca. Rano przyszedł się z nami pożegnać.
Wyjazdy
na Słowację są dla mnie zawsze ciekawe. Słowacja wschodnia jest azjatycka – większość mieszkańców to Cyganie. Niesamowite wrażenie pozostawiają
tamtejsze małe miasteczka, zamieskzane przeważnie przez Romów. Trudno uwierzyć,
że tak inna kraina znajduje się tuż za naszą granicą. Słowacja zachodnia jest
bardziej europejska, ale taka swojska, oswojona. Sympatyczna. No i wspinania
mają straszliwie dużo.
Przydatne linki:
Dobra strona z miejscówkami do wspinu na Słowacji
Opis Manina + skan topo "Slovenske skaly"
Zobacz również:
|
| Ech, Slovensko, Slovensko! | Zaiste, Słowacja to kraina pięknych skał i gościnnych ludzi, którzy nam - Polakom - są mentalnie bliscy To, co się działo ostatniej nocy było doświadczeniem niemal onirycznym Zawsze chętnie tam powrócę, kierowany sentymentem... Pozdrawiam całą ferajnę! |
| |
| smiec | Ten tekst to niezly smiec , A cos takiego: "W ogóle nie wspinałem się dotychczas w pedalskim stylu RP, chyba że na ściance zwykle jadę tylko na OS-ie i flashu" - to chyba mogl tylko jakis pedal napisac... |
| |
| bredzisz | na podstawie jednego słowa cały tekst określasz jako śmieć? umiarkowanie bystre... a swoją drogą tekst zajebisty. |
| |
| do brzydkiego frustrata z 12:48 | przeczytałam raz jeszcze ten tekst po komentarzu z godz. 12:48, bo pomyślałam sobie, że może autor coś zmienił albo coś się na stronie posypało, ale nie! tekst jest nadal świetnie napisany, fragmentami czyta się go jak pamiętniki Paska, a najlepsza jego część to końcówka, wręcz nie mogłam się oderwać . Autorowi gratuluje talentu. A temu, kto napisał komentarz z godz. 12:48 współczuje... To typ brzydkiego frustrata, dla którego aż szkoda słów, więc ograniczam się do tylko do tego komentarza. Zamilcz mały człowieczku, albo napisz coś równie dobrego. Żegnam ozięble. |
| |
| smiec | Uuuuu... Towarzystwo wzajemnej adoracji jak sie nagle obruszylo Coz, jak widac jedno sformulowanie, ale za to niezle bucowate, moze zawazyc na calosci tekstu. "Mało znam się na skałach, ale jeżeli to był wapień, to swobodnie tym mianem można określać wszystkie rodzaje skały. Brak dziurek, krawądki, doskonałe tarcie i charakterystyczne dla granitu odstrzały skalne w formie podchwytów. Bardzo lubię takie wspinanie, choć to nie pode mnie, bo taka formacja sprzyja osobą wyższym" - chyba ten ktos rzeczywiscie sie troche nie zna, a Ci co go bronia pewnie jeszcze mniej. Generalnie, wiadomo, pisac mozna co sie chce, ale jak na wielce szczytna idee jaka ma spelniac ten serwis, z ktorego to wiedze czerpac beda rowniez i doswiadczeni wspinacze, prosze powiedzcie mi co on takiego oferuje ? Poza oczywiscie artykulami zerznietymi z Wdahowca. Moze np to ze o Sulovie, mozna sie dowiedziec, ze jest jebany, ba, po wielokroc jebany?. "Drogi powyżej 7 zazwyczaj są najeżone kolczastymi loszkami" - to tez jest niezle . Moze ten ktos niech lepiej nie wyjezdza nigdzie i laduje w tym swoim pedalskim stylu w zaciszu smierdzacych scian obozowej... Swoja droga, widze ze krytykowanie tutaj czegokolwiek, kolezanko L., konczysz wyzywaniem, coz czego sie mozna bylo innego spodziewac... A co to jest "piwo czopowane"? |
| |
cóż, w końcu się odezwę... "Gościu" drogi: po pierwsze - miej odwagę podpisywać się pod swoimi słowami, które są na tyle mocne, że brak podpisu można uznać za tchórzostwo. Po drugie - to, że ktoś kogoś broni to jeszcze nie jest TWA, gusta każdy ma swoje, podobnie jak 4 litery. Po trzecie: zdumiewa mnie Twoja łatwość wystawiania mocnych ogólnych sądów na podstawie błahych argumentów: najpierw uwalasz artykuł za jedno sformułowanie, potem wręcz uwalasz nasz serwis za jeden artykuł. Stary, WYLUZUJ. Odpowiem klasycznie: jak jesteś taki mądry - do dzieła! Z przyjemnością będziemy publikować Twoje teksty. A jeśli uważasz, że na wpince można znaleźć tylko "artykuły zerżnięte z wdahowca" - przykre to i moim zdaniem niesprawiedliwe. Ale obsługa przeglądarki wcale nie jest łatwa, więc zachęcam do ćwiczeń. ciepło pozdrawiam |
| |
| smiec | Z tym tchorzostwem to chyba lekka przesada... Tekst ten napisal w koncu redaktor, a w zwiazku z tym nalezalo by sie spodziewac jakiegos poziomu. Dlatego jesli taka osoba poczuwa sie do gloszenia takich pogladow (tak, kazdy ma swoje i moze je rozpowszechniac, stad i moja opinia ) trudno nie odniesc tego do calosci serwisu, poniekad jaki szef taka firma... A co do TWA to chyba mialem racje, jeden redaktor pisze w sposob bufoniasty, drugi redaktor tego broni, a inna osobniczka spolecznosci bez ogrodek zabiera sie za wyzywanie... Cele postawiliscie sobie wysokie, wyniosle (zeby nie napisac zarozumiale ) piszac dla kogo (i z uwagi na co) ten serwis jest kierowany. Szczerze mowiac merytorycznie jest to cieniactwo i amatorszczyzna przejawiajaca sie nie tylko w tym artykule i nie tylko w tych komentarzach. Wasza niechec do akceptowania krytyki niezacheca do wspolpracy Aha, jeszcze jedno, obsluga przegladarki wcale nie jest taka trudna, z pewnoscia nie jeden wspinacz sobie jakos radzi... Powodzenia  |
| |
Nudne są takie dyskusje. Możesz coś pisać, a druga strona nawet tego nie czyta, tylko ma po prostu jakiś zły dzień (może złe życie?) i ma ochotę zwyczajnie komuś przywalić. A społeczności w sieci są do tego idealne. Ale trzeba cierpliwie... Wpinkę tworzą wspinacze, a nie zawodowi dziennikarze. To serwis powstały z pasji, a nie z potrzeby zarabiania czy jakiejkolwiek innej. Każdy redaktor jest inny, każdy ma swój styl, można go lubić albo nie. W każdej gazecie czy innym serwisie jest tak samo. Jeśli z powodu niskiego Twoim zdaniem poziomu artykułu czy redaktora wrzucasz całą gazetę do kosza - Twoja wola! Jeden klik i jesteś gdzieś indziej. Nic na to nie poradzę. Realizujemy "szczytne" idee (chociaż nie wiem, o jakie Ci chodzi) najlepiej jak umiemy. Możesz albo nam pomóc (przez merytoryczna krytykę lub współpracę), albo pienić się i złościć, że nie jesteśmy lepsi, co niczego nie zmieni (chociaż może poczujesz się lepiej?). Twój wybór. Teraz konkretnie. 1. Znowu się nie podpisałeś, masz taką fajną przewagę, że my odpisujemy Ci z imienia i nazwiska, a Ty jesteś super-gość. Więc z tym tchórzostwem to nie jest lekka przesada. Jeszcze kilka anonimowych postów i zaczniesz wyglądać jak zwykły troll. 2. Co do TWA. Nikogo nie bronię. W poprzednim wpisie stoją jak byk 3 punkty bez związku z artykułem, odnoszą się jedynie do agresywnego tonu Twojej wypowiedzi. Tylko. 3. Krytykę staram się przyjmować. Mógłbym zarzucić, że to Ty masz problem z przyjmowaniem krytyki, ale po co? W wielu komentarzach do artykułów uważni czytelnicy pokazali nam błędy, poprawiliśmy je i jesteśmy za uwagi wdzięczni. Twoja krytyka opiera się jedynie na epitetach: "zarozumiale", "cieniactwo i amatorszczyzna" itd. Może coś konkretnego napiszesz? Ale przecież nie możesz, bo artykuł opublikowaliśmy w kategorii "Relacje i wyjazdy", która z definicji zawiera subiektywne teksty, więc pozostają Ci tylko puste epitety. Szkoda. |
| |
| smiec | Lepiej? A moze powinienem podac imie, nazwisko, date urodzenia...? Dopiero wtedy bedziesz w stanie zwrocic uwage na to co napisalem? Bo poki co piszesz od rzeczy nie patrzac w ogole co jest w poscie powyzej... Bladzisz wielce w swoich tlumaczeniach, chyba sam nie wiesz co odpowiedziec, jak sie bronic..."Wpinkę tworzą wspinacze, a nie zawodowi dziennikarze". To po pierwsze, jacy wspinacze? Ten ktos kto pisze o pedalskim rp, o jebanym Sulovie, o jakis kolczastych loszkach na drogach powyzej 7, o tym ze z niewiadomo jakich powodow, niewiadomo jaka formacja sprzyja wyzszym? Jeszcze raz zapytam, co to jest "piwo czopowane"? To jest jeden stek bzdur, napisany przez jakiegos pseudowspinacza, przez kogos kto sie poczuwa nie wiedziec czemu w takim tonie tak wypowiadac. Choc jak sam zaznacza, malo zna sie na skalach... Niestety takie czasy, ktore na potege zalewa nowofalowa pseudowspinaczkowa masa... Po za tym, kilka osob sie tu odezwalo, otrzymalem choc jedna sensowna odpowiedz na chociaz jedna moja uwage? Nie, a dlaczego, bo nie macie nic do powiedzenia, a bronicie sie tylko w jeden sposob, biorac moj komentarz/opinie jako atak, odpowiadacie pelnym "oburzeniem". Zgodze sie, moja krtyka jest ostra ale sa w niej argumnety, w Waszych odpowiedziach ich nie ma. Czy kogos obrazielm, wyzwalem? Wy owszem. "Może coś konkretnego napiszesz? Ale przecież nie możesz, bo artykuł opublikowaliśmy w kategorii "Relacje i wyjazdy", która z definicji zawiera subiektywne teksty, więc pozostają Ci tylko puste epitety"... To moze zablokujesz mozliwosc dodawania komentarzy do tego rodzaju tekstow bo i po co? I tak beda to tylko puste epitety. Nie ma to jak zachecic innych do komentowania Waszych tekstow  |
| |
Jaśnie Wielmożny Panie Cysarzu Wspinaczki! Uprzejmie przepraszamy, że nie mamy glejtu wydawanego przez Stowarzyszenie Jedynych Prawdziwych Wspinaczy, którego Pan jesteś Ojcem Dyrektorem! Od dziś w ogóle nie będziemy nazywać siebie wspinaczami, tylko np. skałowłazami. Tak lepiej Mistrzu? Jak się spodziewałem, Twój post jest kalką z poprzedniego, więc faktycznie podpis masz już lepszy. Czytam i czytam Twoje posty i nadal nie widzę uwag, na które mogę odpowiedzieć. Bo ja też nie wiem, co to jest piwo zaczopowane, pewnie jakiś miejscowy słowacki przysmak. (ale nie wiem na pewno, bo mam mały mózg pseudowspinacza i się domyślam jedynie, a Jaśnie Pan Wspinacz to pewnie wszystko wie, tylko nie mówi, żebyśmy swoje miejsce w szeregu znali). Przez 50 zdań piszesz o tym, że krytykujesz rzetelnie i że nikt Ci na ową krytykę nie odpowiada. To nawet fajna retoryka, no bo przecież posty masz długie, więc w sumie można się nie zorientować, że są same o sobie. Rzetelna krytyka się chyba Jaśnie Panu pomyliła z dłuuuugimi postami o tym, jaki jest Jaśnie Pan lepszy i mądrzejszy. No to ja już Panu nie przeszkadzam Panie Jedyny Prawdziwy Wspinaczu, no bo nawet jak na jakąś "krytykę" bym odpowiedział, to i tak byłyby farmazony zwykłego skałowłaza, a nie Wielkiego Wspinacza. Jako że Wielcy Wspinacze zapewne potrzebują mieć ostatnie słowo - proszę się nie krępować i pisać, na następną "krytykę" już nie odpowiem, żeby broń Boże Jaśnie Panu humoru nie popsuć (a humor dobry Jaśnie Pan mieć powinien, bo i intelekt tęgi, i jego świadomość wysoka!). |
| |
Moze i dlugie ale Twoje nie mniej, o rzeczowosci nie wspomne W zasadzie to chyba ja powinienem Was przeprosic, ze smialem poddac krytyce czyjes slowo. Tyle przeciez dobrego chcecie wniesc do zycia kazdego wspinacza, tego stawiajacego pierwsze kroki jak i tego z bagazem lat na karku...a ja Wam same klody pod nogi rzucam... Szkoda ze tylko Ty raczyles cokolwiek odpowiedziec a nie np autor (moze taka Twoja rola). Coz, zapewne jest na jakims tripie... Nie ma tego zlego..., zaraz po powrocie na pewno uraczy nas owocem swego lekkiego piora, okraszonym pogladami godnymi niejedego wielkiego Cysarza Wspinaczki. Czekam z niecierpliowscia  |
| |
Niestety też muszę się przyłączyć do krytyki tego tekstu. Objętościowo ok. 1/3 - 1/2 tekstu to opis popijawy ze Słowakami. Nie tego oczekiwałem po relacji wspinacza z wyjazdu wspinaczkowego. Czego mi brakuje? Po pierwsze mapki rejonu (np. z maps.google.com). Nie chce mi się teraz szukać gdzie to jest - mógł się o to postarać autor. A jeśli nie mapka to przynajmniej opis dojazdu z jakiegoś polskiego miasta. Dwa -pora roku - nie wiem nawet czy to wczesna wiosna, lato czy wczesna jesień (ludzie mogą mieć egzaminy w różnych miesiącach). Z artukułu nie dowiedziałem się kiedy najlepiej tam jechać. Trzy - zakwaterowanie i logistyka. Jedno zdanie wskazuje, że redaktor zatrzymał się na jakimś campie. Nie wiadomo jednak czy to jedyny camp, jeśli nie to jak się nazywał. Czy można mieszkać na kwaterze? Jakie są ceny? Czy można spać na dziko? Co oferuje camp (prysznic, kibelek, wikt)? Nie wiadomo czy w pobliżu są jakieś sklepy, większe miasta ze sklepami. Co z wymianą złotówek na korony i czy można płacić kartą. Jest opis skał. Trochę chaotyczny ale zawsze. Nie bardzo wiem jakiej skali używa autor VIII i 8 to nie to samo. Nie wiadomo jak długie są te drogi. Jeden wyciąg czy więcej? Myślę, że tyle zarzutów wystarczy aby uświadomić autorowi czego od relacji oczekuje jej czytelnik. Pozdrawiam |
| |
Woyciech, majac na uwadze, ze: "...artykuł opublikowaliśmy w kategorii "Relacje i wyjazdy", która z definicji zawiera subiektywne teksty, więc pozostają Ci tylko puste epitety..." mysle ze nie warto sie wysilac. Tak jakby artykul zostal napisany dla TWA, aspekt pozytecznosci dla osob innych jest mniej istotny, im sie podoba, nam nie, nasza strata... |
| |
| komentarz | To jest typowa relacja dla Towarzystwa Wzajemnej Adoracji. Dla jego członków - z pewnością fajna. Mi też się podobała, choć do towarzystwa nie należę. Lekko napisana, miejscami zabawna. Niemniej, wartość informacyjna takiej relacji, z punktu widzenia kogokolwiek, kto chciałby się powspinać na Słowacji, oscyluje w granicach zera. Autor napisał ten tekst dla / pod swoich ziomków, i skoncentrował się na prezentacji dość oczywistych przemyśleń na temat różnic społecznych między Polakami a Słowakami. To samo mógłby napisać ktokolwiek, kto trafił na Słowację, szczególnie będąc tam pierwszy raz w życiu (później już by się nie dziwił na tyle, by o tym pisać). Reasumując, fajny tekścik, ale nie o wspinaniu. |
| |
Nie miałem zamiaru pisać kolejnego tekstu/przewodnika o wspinaniu na Słowacji, bo jest ich już całkiem dużo, no i nie czyta się tego zazwyczaj dobrze. Informacji jest bardzo dużo, ale zamieściłem podstawowe linki (te, od których zacząłem rok temu). Ostatni to mocny przekręt, bo to ewidentna kradzież - zeskanowano strony z przewodnika "Slovenske skaly" cz. 1, ale dodałem. Na Słowacji ta książka kosztuje 250 koron(rok temu tyle kosztował). Druga część przewodnika z Sulovem i powiedzmy tą częścią południową, jest wyprzedana. Nie wiadomo, kiedy nastąpi reprint. Jednak topo jest w zasadzie niepotrzebne - zazwyczaj drogi są podpisane. No i te słowa na czerwono w tekście to uwaga, trudne słowo - hiperłącza wystarczy kliknąć. Co do piwa czopowanego/czapowanego? Z piwem to długa historia. Słowacy piwo kuflowe nazywają, jest to zapis kwazifonetyczny (nie znam się na zapisie), czopowane albo czapowane (Edward twierdzi, że jeszcze jakoś inaczej to brzmi). W słownikach wyrazów obcych i języka polskiego nie znalazłem adekwatnego hasła. Wszechwiedzące Google częściej wypluwa czapowane niż czopowane, ale różnica jest niewielka. Niestety, chyba nikt nie zatwierdził wersji oficjalnej. W słowniku słowacko-polskim sprawdzałem, ale nie znalazłem tego hasła. Ja jestem zwolennikiem nazywania piwa kuflowego - takiego jak pije się na Słowacji: wolno nalewanego, nie po ściankach kufla, tak by powstała duża ilością piany - mianem czopowane. Mniejsza z nazwami słowackie piwo jest naprawdę dobre. |
| |
| piwo czopowane | chodzi o piane,musi byc jej duzo,by piwo dalo sie pic dluzej..hehe taka tradycja,poch.z Niemiec,wiec nie dziwcie sie,ze nie ma tego w slowniku.niemcy i czesi tak pija,mnie to nie dziwi,mieszkam blisko i znam ich tradycje,ale i tak nasz styl rulez!!wiecej do wypicia,mniej piany,lepszy efekt murowany |
| |